Kościół p.w. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Żernikach Wr.

Homilia: Egzamin z miłości

Scena z dzisiejszej Ewangelii św. Jana ukazania się Jezusa Zmarwychwstałego w Galilei jest urocza, wzruszająca. Apostołowie byli Galilejczykami, więc wrócili o swoich rodzinnych stron po śmierci ich ukochanego Mistrza. Zresztą On sam, już zmarwychwstały, polecił im wrócić do siebie. Wrócili także do swych pozostawionych sieci, byli bowiem rybakami. Stali się znowu prostymi ludźmi, a raczej nadal pozostali prostymi ludźmi. Po zmartwychwstaniu Chrystusa, kiedy uwierzyli w fakt zmartwychwstania, byli świadomi, że służą wielkiej sprawie. Nie poddają się jednakże niezdrowej euforii, nie uderza im woda sodowa do głowy. Oni, obarczeni ciężarem tak niezwykłej nowiny, są jakby zawieszeni w próżni, jakby jeszcze nie wiedzieli, co mają właściwie robić. Czekają niejako na dyspozycje. I do takich przychodzi Jezus w sytuacji zgoła nie udanego połowu ryb. Przychodzi ten, który jest Panem wszechświata, Panem wszystkich stworzeń, jakiekolwiek są na świecie, które są poddane Jego panowaniu.

Ale apostołowie, to już nie są tamci - co warto zauważyć - spierający się o pierwsze miejsce w Królestwie i kto z nich jest największy. To już nie tamci indywidualiści ubiegający się o pierwszeństwo. Oni zrozumeli już, że kto chce być pierwszym, ma być ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich (por. 9,33). Teraz już wiedzą, że każdy otrzymał specjalny talent, zadanie, z którego trzeba będzie się rozliczyć. Dzisiaj rozumieją bez słów. Sa doskonale solidarni. Każdy z nich wie, co ma w danej chwili czynić. Nikt nie zazdrosci, że Jan pierwszy rozpoznał Pana, że Piotr rzucił się do wody na powitanie Pana, gdy inni musieli wyciągać sieci z obfitym połowem. Są wolni od zazdrości. Warto, byśmy do tej sceny wracali, kiedy będziemy odczuwać zmęczenie monotonią pracy, kiedy będą nas nachodzić niedorzeczne podszepty naszej grzesznej natury. Warto wtedy wrócić do tej sceny, by uświadomić sobie, że Jezus stojący pośród nas, jedynie On , jest najważniejszy i Jego cześć i chwała, bo jedynie On jest tego godzien, a nie my jesteśmy najważniejsi i nasza cześć i chwała. On każdemu przydziela odpowiednie zadania i odpowiednie łaski. To nas ochroni od fałszywej ambicji i zawiści. To nie są wcale sceny, które możemy znaleźć w literaturze. One należą do naszego życia i my jesteśmy aktorami tych scen. Zawiść, fałszywa ambicja, to nie tylko własność bohaterów książkowych. To także my jesteśmy zawistni i zdjęci chorą ambicją.
W chwili utraty poczucia realizmu, z chwilą przypływu dobrego samopoczucia, skłonni jesteśmy zasiadać na różnych wysokich krzesłach w Warszawie, na Watykanie. Gdyby wszyscy byli tacy jak my, to wtedy dopiero byli byliby odpowiedni ludzie na odpowiednim miejscu. Mamy cudowne recepty na każy kryzys, na każdą sytuację, Ten czy ów szef to nic, nie zna się na ludziach, a już zupełnie na swojej robocie... łatwo nam przychodzi lekceważyć wkład kogoś w czyjeś dokonanie, w czyjś sukces. Drażni nas cudzy autorytet, a przyznanie komuś racji ciężko nam przychodzi. Lubimy chodzić w blasku swej wielkości. Chcemy imponować, panować. Nie potrafimy cieszyć się tym, co mamy. Fakt, że ktoś ma, czego my nie mamy, że ktoś potrafi coś, czego my nie potrafimy, zatruwa nas. Kowal zazdrości księdzu, że został prałatem. Zazdrość ma wiele kształtów i wymiarów. W każdym bądź razie - wyklucza. Zawiść wyklucza życzliwość. Zawistnik nie może mieć przyjaciela, bo nie potrafi nim być. Może tylko współczuć potrafi. Ale nie potrafi się cieszyć z czyichś sukcesów. Jest jak ten słowik ze starej legendy, który cierpi i umiera, gdy inny ptak pięknie zaśpiewa.
Zawistnik nie potrafi być serdecznym, życzliwym człowiekiem.
Przypomina mi się w tym miejscu legenda o św. Walentym. Żył w Anglii w klasztorze, w którym mnisi oddawali się modlitwie i pracy. Zakonnicy ci posiadali wybitne zdolności, którymi służyli Bogu: jedni pisali uczone traktaty, inni pracowicie przepisywali książki i mistrzowsko je przyozdabiali, inni układali podniosłe pieśni i grali na organach cześć Bożą; jeszcze inni malowali obrazy Chrystusa, Matki Bożej i świętych. Jeden Walenty nie potrafił robić żadnych z tych wspaniałych rzeczy. Próbował bezskutecznie. Trapił się tym co niemiara. Może innym zazdrościł Ale że był człowiekiem dobrej woli, zastanowił się, co mógłby uczynić. - Niczego wielkiego nie potrafię zrobić dla Boga - rozmyślał - gdyż jestem nieuczonym prostakiem. Niepotrzebnie się tutaj znajduję. - Wtedy usłyszał wyraźny głos: "Czyń dobrze małe rzeczy". Rozejrzał siew około, lecz nikogo nie ujrzał. Zrozumiał, ze to anioł zesłał mu natchnienie. Chwycił więc miotłę i starannie wymiótł izbę. Poszedł do ogrodu i zaczął tam pracować. Hodował kwiaty, które pod jego ręką kwitły piękniej niż gdzie indziej. Kiedy zapytywano go, czego używał, odpowiadał z uśmiechem: miłości i troskliwości. Najpiękniejsze kwiaty przeznaczał na ołtarz Bogu. Posyłał bukiety pannom w dniu ślubu, matkom po urodzeniu dziecka, chorym i zmarłym do trumny. Obdarzał dzieci owocami. Kiedy spotykał płaczące dziecko, tulił je i pocieszał. Chłopcy zaprzestawali bójki, gdy pozdrawiał ich: Pokój wam!. Gdziekolwiek szedł, małe rączki czepiały się jego szat, a starsi mówili: Oto dobry Walenty przynosi nam promyk słońca". Gdy umarł w opinii świętości, chciano zachować po wszystkie czasy pamięć o jego dobroci. Postanowiono, aby każdego roku dzień jego śmierci czcić czynieniem dobra bliźnim, wywołaniem uśmiechu na zatroskanej twarzy. Tyle stara legenda. Tak było w legendzie, a jak jest w naszym życiu, dobrze wiemy. Bezinteresowności, życzliwości jak na lekarstwo.
Dawniej w języku polskim był w użyciu zwrot: "czym mogę służyć?". Niestety, w naszych czasach wyszedł z użycia, już się go prawie nie słyszy.
Gdyby ksiądz, biskup, minister, prezydent, dyrektor, wójt, urzędnik, robotnik, gdyby mąż i żona, małżonkowie, gdyby oni wszyscy widzieli swoje obowiążki w kategorii służby, a nie w dominacji, nie prywatnych korzyści, prestiżu, słowem w duchu Ewangelii - wtedy życie społęczne, rodzinne, prywatne, nawet polityka, nie byłoby tak nieraz ponure i smutne.
Powróćmy jeszcze do sceny ewangelicznej, do rozmowy Jezusa z Piotrem. Może tam znajdziemy światło dla naszego życia. Ta rozmowa to właśnie egzamin z miłości. Jezus stawia pierwsze pytanie: "Szymonie, czy miłujesz mnie więcej, aniżeli ci?" - Tak, Panie, pada odpowiedź. Jezus stawia drugie pytanie, a właściwie powtarza pierwsze. W końcu stawia trzecie pytanie, a właściwie powtarza pierwsze po raz trzeci: "Czy miłujesz Mnie?"
Ten, który dowiódł największej miłości wobec wszystkich ludzi, umierając na krzyżu za wszystkich ("Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś oddaje życie swoje za przyjaciół swoich"), ten ma prawo postawić także pytanie: "Czy miłujesz Mnie?" i żądać pozytywnej odpowiedzi. Piotr zdaje egzamin: "Panie, Ty wiesz, że Cię kocham". Jezus zanim powierzył Piotrowi troskę o swoją owczarnię, o swój Kościół, zażądał największej miłości, odpowiedniej do zadania.
Daje wreszcie do zrozumienia swemu apostołowi, jakich ofiar wymaga się od godnego pasterza: "Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, inny cię opasze i poprowadzi, dąkąd nie chcesz". Jest to zapowiedź męczeńskiej śmierci św. PIotra, jaką miał ponieść z miłości do Chrystusowej owczarni.
Przykład takiej duszpasterskiej wierności przedstawiają nam też dzisiaj Dzieje Apostolskie: mimo zakazu apostołowie napełnili Jerozolimę nauką, "bo bardziej trzeba słuchać Boga niż ludzi" i cieszą się , że stali się godni cierpieć dla imienia JEzusa. I tak było przez wszystkie wieki posłannictwa Kościoła. Dzisiejszy Piotr Franciszek, jego poprzednik Benedykt XVI, jak jego wielki poprzednik Jan Paweł II, jakże gorliwi i zatroskani o każdą owieczką, o każdego człowieka, są wyrazicielami miłości i troski samego Chrystusa. Ta troska musi dojść do głosu poprzez nas. poprzez nasze zainteresowanie i zatroskanie o dobro duchowe naszych bliźnich.
Dzisiaj Chrystus i nas pyta: "Czy Mnie miłujesz?" Zapewne każdy z nas odpowie: "Tak, miłuję Cię, Jezu". Żeby to nie była li tylko słowna deklaracja. Żebyśmy nie stali się cymbałem brzmiącym, zacznijmy od życzliwego zaitneresowania się żyjącymi obok nas, od małych gestów życzliwości, jakiejś małej ofiary na rzecz bliźnich, bez wielkich słów.
Amen.

ks. Tadeusz Rusnak




Projekt nowego kościołaKażdego kto chce wspomóc zbiórkę pieniędzy na budowę kościoła zachęcamy do wpłat na konto parafialne:

Bank Spółdzielczy w Św. Katarzynie
nr 3095 8410 9220 1010 0467 47 0001






Lokalny dostawca internetu:

www.pwpunkt.pl